To zawsze jest dosyc mrozny dzien. Zwykle nie brakuje tez wiatru. Tak po prostu, by przypomniec nam o tym, ze jestesmy zywi i nie brak nam przeciwnosci do zwalczania. Probujemy je zapalic, a one sie po prostu gasza. Mamy zaniepokojone o swoje male pociechy, zwlaszcze ze ubrania sa nowe a wosk zostawia nieublaganie plamy. A one, przeciw kazdym posiwialym zwyczajom zycia, nie daja sie uwiesc tradycji skupienia i obnosza sie dumnie z jeszcze ufna i niedoswiadczana radoscia. Ale tak jest dobrze.

To musi byc dzien pelen slonca. Gdyz On je uwielbial. Kiedy juz zabraklo mu ziemi, zasiadal na swojej laweczce aby uwiezic zloty kolor na swojej skorze. Uwielbial nature. Czuc na swych dojrzalych dloniach wypracowane pecherze. Zapach ziemi swiezo nasyconej woda. Dbal o swoje male dziela, z sercem przepelnionym miloscia. Starczalo jej dla wszystkich. Nie bylo to uczucie latwe dla niego do ubrania w slowa. Byl on czlowiekiem czynow. Dzentelmen starej daty okraszony szalenstwem i fantazja. Uspiony wulkan. Czlowiek troszke nieobliczalny, zdolny do obdarowania swym sercem kazdego wedrowca. Pelen sprzecznosci. Brakuje mi go tak bardzo…
Ogromny uscisk gdziekolwiek bys nie byl.













